Teraz krótko i bez zdjęć. Po wylądowaniu, trzymając w garści podręczny bagaż, paszport i wypełnione w samolocie formularze imigracyjne ruszyliśmy na spotkanie urzędnika imigracyjnego. Trafił mi się azjata z bardzo nieprzyjemnym wyrazem twarzy. Najpierw zbeształ za niewypełnienie dwóch pól, które przegapiłem. Wypełniłem je szybko. Potem zaczął kaszleć i kichać. W ogóle mówił mówił niewyraźnie, co nie ułatwiało rozmowy. Rozmowy, dobre sobie... Przesłuchania, to byłaby lepsza nazwa.
- Cel podróży?
- Turystyczny
- Do kiedy pan zostaje?
- Wyjeżdżam 2 czerwca.
- Proszę pokazać bilet.
- Nie mam jeszcze biletu. Jest zarezerwowany.
- Proszę pokazać rezerwację.
- Nie mam, przysłano mi potwierdzenie na maila, mam je w komórce [wyciągam htc z kieszeni]
- [drze się] NO CELLPHONES!!!!! Trzeba było wydrukować! Skąd mamy wiedzieć do kiedy pan zostaje, jak nie ma potwierdzenia?
- [milczę]
- Ten adres wpisany na formularzu to dom?
- Nie... to dojo aikido, do którego jedziemy docelowo.
- A gdzie będzie pan mieszkać?
- Będziemy mieszkać w motelach. Jak mówiłem cel jest turystyczny więc będziemy jeździć i zwiedzać.
- My? A ile was jest?
- 4 osoby
- Proszę pokazać rezerwacje na hotele.
-... Nie mam, kolega rezerwował.
- A jak będziecie podróżować?
- Wynajętym samochodem.
- Proszę pokazać rezerwację samochodu.
- ... Nie mam, kolega to załatwiał.
Teraz on milczy. Ogląda paszport. W konsulacie przypięli mi taką kartkę z numerami do ambasady itp. Odrywa ją robiąc mi dziurki w jednej ze stron paszportu. Bilety, które miałem w środku prawie mi rzuca. Zaczyna mi się przyglądać i zdjeciu.
- Zdjąć okulary.
Myślę sobie, o co chodzi, przecież zdjecie w paszporcie i na wizie mam w tych samych okularach. No ale zdejmuję. Znowu mi się przygląda.
- No dobrze, położyć 4 palce prawej ręki na skanerze...
Już wiedziałem, że jednak mnie nie zawrócą z ganicy. Doganiam resztę wycieczki. Nikgo więcej o te rezerwacje nie pytali. Takie moje szczęście.
Potem odbieramy bagaż. Do plecaka Olgi przyczepił się funkcjonariusz na 4 nogach. W tym czasie szukałem swojej torby, ale widziałem zamieszanie. Okazało się, że wcześniej miała tam kanapki, a na teren USA nie wolno wwieźć żadnych produktów spożywczych. Trafiamy na ostatnią kontrolę. Miły tym razem azjata zobaczywszy nasze paszporty zawołał: NO KIEŁBASA!
Ha
Ha
Ha...
Prześwietlili nam bagaże i ruszyliśmy kolejką bez maszynisty do centrum wynajmu samochodów. Tam strasznie długo trwało sporządzanie umowy, składaliśmy mnóstwo podpisów, skanowano nam prawa jazdy i pod koniec procedury włączył się alarm. Światła migają, syrena piszczy, głos wydaje polecenia. Pracownicy uciekli a nam kazano wyjść z budynku nie używając wind. Jasne, z 4 piętra z bagażami. Zeszliśmy piętro niżej i zostaliśmy w pustym korytarzu. Po jakimś czasie alarm przestał wyć, wróciliśmy na nasze piętro, ale nie wróciła już obsługująca nas urzędniczka. Uciekła ze strachu przed terrorystami? Hm... a to były tylko ćwiczenia.
Doprosiliśmy się po jakimś czasie uwagi pani ze stanowiska obok. Okazało się, ze jedyną czynnością, której nie zrobiła ta z którą rozmawialiśmy poprzednio, było poinformowanie nas, że mamy już iść odebrać kluczyki i samochód.
Zamówiliśmy Jeepa, dostaliśmy Chevroleta. Tak działa opcja "Jeep Cherokee or similar". Ale jest wygodny. A miało być bez zdjęć...
Wreszcie dotarliśmy do motelu DaysInn. O motelu - następnym razem. Robi mi się opóźnienie, ale czasu jest za mało po powrocie.

To jeden z takich momentów, kiedy człowiek się zastanawia, czy jechać gdziekolwiek ;p
OdpowiedzUsuńpolskiej kiełbasy nie chcieli...
OdpowiedzUsuńach, zazdroszczę, ale na razie to nie wiem jak z dziewczynkami mielibyśmy się wybrać w taką daleką podróż...
OdpowiedzUsuńCzepiacie się urzędnika. Draken kręcił, kombinował, powoływał się na być może zmyślonego kolegę i nawet - co szczególnie podejrzane - nie wwoził kiełbasy, a przeszedł. Znaczy - ludzki człowiek z tego urzędnika.
OdpowiedzUsuń