Kontrola przeszła bez problemów i nadszedł czas na samolot. Lecieliśmy De Havillandem DHC-8, który można z grubsza nazwać autobusem ze skrzydłami i śmigłami.
Kabina pilotów. Wąska...
Wnętrze. Wąskie...
Pracujące śmigło. Na filmie dało ciekawy efekt.
Oczywiście start to były nerwy, w samolocie głośno, trzęsie, chwilowe stany nieważkości. Jakieś pół godziny przed lądowaniem poczuliśmy zmianę kursu. Odezwał się pilot, że skierowani zostaliśmy na inne lotnisko (nie zrozumiałem nazwy, ale brzmiała z niemiecka), gdyż lotnisko w Monachium zostało zamknięte z powodu "Emergency landing" jakiegoś samolotu, który miał dym na pokładzie. Takie są procedury, ale będą w kontakcie z kolegami z Monachium i gdyby się coś zmieniło, to zaraz tam polecimy.
I rzeczywiście, lotnisko otwarto i mogliśmy lot kontynuować. Spóźnienia było jakieś pół godziny, więc i tak mieliśmy godzinę czasu na przesiadkę.
Lotnisko w Monachium jest ogromne. Poznań to przy nim nawet nie wioska, to przysiółek... Warszawa może by na wioski miano zasłużyła.
Monachium. Kilka migawek. Zdjęcie samolotów Olgi.
Dalej lecieliśmy już dużym samolotem: Airbus A340-600. Ten wyglądał już nie jak autobus. Rozsiedliśmy się, ja miałem znowu miejsce przy oknie, z czego bardzo się cieszę, ale o tym później. Odlot się opóźniał, bo czekaliśmy na przeładunek bagaży z innych spóźnionych lotów. Wreszcie odezwał się kapitan Steffan Muller, ale chyba nie ten aktor, bo nic po polsku nie powiedział. A właśnie! Wszystkie loty mamy Lufthansą, więc nasłuchałem się języka Goethego.
Tym razem miałem widok na jednostkę napędową od tyłu. Lot gdzieś nad Europą.
Miejsca na nogi nie było zbyt wiele. Przed nosem ekran, na którym można było śledzić aktualne położenie oraz prędkość, pułap i szacowany czas przylotu. Oraz oglądać filmy i słuchać muzyki.
Klasa ekonomiczna. Ciasno ale nowocześnie. Ludzie chrapią dzieci płaczą. Filmy lecą.
Bardzo dobry pierwszy posiłek. Drugi już nie był taki dobry...
Film obejrzałem: 2 część Sherlocka Holmesa ale zajęło mi to 4 godziny, gdyż co chwilę odrywały mnie od niego widoki za oknem. Muzyki nie słuchałem, gdyż samolot jednak swój hałas ma i nieco zagłuszał. Jeść dali dwa razy, raz smacznie, raz mniej smacznie. Były i alkohole. Skusiłem się na białe wino i sikowate piwo.
Oddawanie naturze tego co zjedzone i wypite odbywało się w bardzo komfortowych warunkach. Spodziewałem się ciasnoty, a było sporo miejsca. Tylko to podciśnieniowe zasysanie zawartości muszli za pierwszym razem mnie przestraszyło. Dobrze, że nie wyssało całego powietrza z kabiny ;)
Były widoki. Powiem tak: warto było lecieć już dla samego wybrzeża Grenlandii i w ogóle tych terenów północnych. Niestety nie zobaczyłem jak kończy się czapa śnieżna na terenie Kanady, bo zaczęły się tam chmury i przysnąłem. A jak się obudziłem, to pod chmurami już była ziemia nie pokryta śniegiem i lodem.
Widok na wulkan Beerenberg (2270 mnpm) na norweskiej wyspie Jan Mayen. A to dopiero początek mroźnych widoków...
Fragment południowo wschodniego wybrzeża Grenlandii.
To na razie tyle. Późno już i bateria laptopa mi zaraz padnie. But stay tuned!





Wybrzeża Grenlandii nie oglądnąłem, bo ten filmik, w przeciwieństwie do filmików o jednostkach napędowych, jest prywatny. Przynajmniej tako rzecze youtube.
OdpowiedzUsuńPowodzenia w dalszej części podróżowania:).
Fajnie, po prostu.
OdpowiedzUsuńCiekawe, jak długo wytrwasz przy takich szczegółowych opisach :D
Paweł - już zmieniłem ustawienia
OdpowiedzUsuńKasia - mam nadzieję, ze do końca
Lot do Tajlandii też obfituje w fajne widoki, niestety nie chciało mi się wtedy wstawać po aparat. Gdyby mnie pilot monologiem o górach nie obudził to nawet bym nie wiedziała że najwyższe góry świata mam w zasięgu wzroku.
OdpowiedzUsuń