sobota, 19 maja 2012

Dzień pierwszy - dokończenie

A więc lecimy.
Bałem się turbulencji, choć wiem że to w sumie normalna rzecz. Bałem się, ale się ich nie doczekałem. Cały lot minął spokojnie. Dzięki czemu miałem czas wyglądać za okno (aż szyja na koniec bolała od ciągłego skrętu). I tak patrząc na świat z góry wypatrzyłem optyczne zjawisko - tęczę towarzyszkę. Leci sobie coś takiego razem z samolotem:
Kolista tęcza towarzyszka podróży

Zupełnie niezwykłe były widoki północy. Zaczęły się od kry na morzu, potem jednolita biel pokrywy lodowej, Grenlandia, północne rejony Ameryki... Wpatrywanie się w tę niekończącą się pustynię było wręcz hipnotyzujące. Jak potężne regiony Ziemi są zupełnie puste. Wyobrażałem sobie co muszą czuć podróżnicy zmierzający na biegun: dookoła biała pustka i nikogo w zasięgu setek kilometrów. To chyba najczystsze miejsce na Ziemi, bez ludzkiego hałasu. Co najwyżej górą przeleci samolot, z którego ktoś będzie patrzył i myślał, jak to jest tam na dole.
 Grenlandia
 Grenlandia
 Zatoka Baffina...
... co pokazuje umieszczony w fotelu ekran

Zimne rejony się skończyły i zaczęły tereny zamieszkane. Tu też było co oglądać, jednak gorzej ze zdjęciami. Lecąc mniej więcej wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki miałem widok pod światło.

 Kanada. Góry Rocky,czyli Rocky Mountains.
 O włąśnie tutaj...
 Kanada. Nadal Rocky Mountains
 Vancouver po prawej, lotnisko po środku, Richmond po lewej
 Okolice Salem. Już USA oczywiście.
Gigantyczny pożar w Oregonie.

Do San Francisko dolecieliśmy o czasie. Zgodnie z poleceniem "turnn off all electronic devices" wyłaczyłem aparat więc musicie mi teraz wierzyć na słowo. Nad SF chmury, na mapce widać że zbliżamy się do lotniska. Nagle niedaleko nas chmury przebija samolot i leci w naszą stronę. Widać poruszenie wśród pasażerów, ja też patrzę na to z niepokojem. Na szczęście tamaten samolot robi ostry skręt, kładzie się na skrzydło i szybko wznosi. Nie wyglądało to wszystko profesjonalnie. Ale może tak ma być? Nie nam się aż tak na zasadach lotnictwa by to oceniać, ale czułem się mocno zaniepokojony. Lecimy nad SF, pod nami nadal chmury, czasami poprzerywane. Przynajmniej z mojej, zachodniej strony, bo od wschodu to sobie Golden Gate oglądali.
Nie wszyscy turnęli off elektroniczne divajsy i na dodatek mieli widok bez chmur. Golden Gate. Foto: Olga
Nasz samolot zrobił ostry skręt, zszedł nad wodę, znowu zakręcił, i znowu... krążymy. Wreszcie zaczyna się schodzenie. W chmurach trochę potrzęsło i nagle czuję ostry ciąg w górę, wznosimy się. Odzywa się kapitan, że dostali komendę PULL UP, gdyż lądujący przed chwilą mały samolot nie opuściła na czas pasa. Znowu krążyliśmy, aż w końcu udało się wylądować.

A co było dalej w następnym odcinku. Na zachętę zdradzę, że miałem problemy na punkcie imigracyjnym. 

1 komentarz:

  1. Ziemia widziana z lotu ptaka jest cudowna!
    Bartosz nie przestawaj proszę pisać:):)

    OdpowiedzUsuń