Wyprawa taka jak nasza, nie może obyć się bez fotograficznej dokumentacji. Jednak samo zabranie aparatu i pstrykanie fotek to nie wszystko. Boleśnie się o tym przekonuję usiłując uporządkować 35 GB materiału zdjęciowego na dysku laptopa.
Człowiek uczy się na błędach, w czasie następnej wyprawy, jeśli taka się kiedyś odbędzie, już ich nie popełnię. Ku pamięci mojej i wiedzy Waszej, oto o czym należy pamiętać.
wtorek, 5 czerwca 2012
wtorek, 22 maja 2012
Wpis techniczny
Jestem w podróży. W USA, a tu wszystko jest większe, co nie znaczy, że lepsze.
Zdecydowanie większe są odległości i przejazdy zajmują nam mnóstwo czasu, do moteli zajeżdżamy późno. Zdecydowanie nie wszystko jest lepsze i czasami w motelach jednak nie do końca dobrze działa internet.
Bardzo bym chciał codziennie opisać gdzie byliśmy, wstawić zdjęcia, ale po prostu nie ma na to czasu i możliwości. Stąd opóźnienia. Mam nadzieję to nadrobić, nadchodzące dni wskazują na taką możliwość. Oby się udało.
A co do tej pory widziałem:
Dzień 2 - San Francisko: Chinatown, dzielnica bankowa, przejazd Lombard Street, Coit Tower
Dzień 3 - Bay Moon czyli smakowanie Pacyfiku, oraz znowu San Francisko - przejście Golden Gate
Dzień 4 - Avenue of the Giants, czyli w cieniu sekwoi oraz obrączkowe zaćmienie słońca
Dzień 5 - Yosemite National Park i przekroczenie Sierra Navada
W tym czasie oczywiście zapoznaję się z tutejszą kuchnią, która często jest bardzo nietutejsza, z zasadami ruchu drogowego, które są nieco inne od naszych, oraz próbuję zrozumieć co mówią Amerykanie. A jest to niełatwa sztuka, zwłaszcza w barach, gdzie niezrozumienie drobnego słówka może skutkować ogromnym zdziwieniem, gdy kelner przyniesie zamówienie...
sobota, 19 maja 2012
Dzień pierwszy - odprawa i reszta
Teraz krótko i bez zdjęć. Po wylądowaniu, trzymając w garści podręczny bagaż, paszport i wypełnione w samolocie formularze imigracyjne ruszyliśmy na spotkanie urzędnika imigracyjnego. Trafił mi się azjata z bardzo nieprzyjemnym wyrazem twarzy. Najpierw zbeształ za niewypełnienie dwóch pól, które przegapiłem. Wypełniłem je szybko. Potem zaczął kaszleć i kichać. W ogóle mówił mówił niewyraźnie, co nie ułatwiało rozmowy. Rozmowy, dobre sobie... Przesłuchania, to byłaby lepsza nazwa.
Dzień pierwszy - dokończenie
A więc lecimy.
Bałem się turbulencji, choć wiem że to w sumie normalna rzecz. Bałem się, ale się ich nie doczekałem. Cały lot minął spokojnie. Dzięki czemu miałem czas wyglądać za okno (aż szyja na koniec bolała od ciągłego skrętu). I tak patrząc na świat z góry wypatrzyłem optyczne zjawisko - tęczę towarzyszkę. Leci sobie coś takiego razem z samolotem:
Bałem się turbulencji, choć wiem że to w sumie normalna rzecz. Bałem się, ale się ich nie doczekałem. Cały lot minął spokojnie. Dzięki czemu miałem czas wyglądać za okno (aż szyja na koniec bolała od ciągłego skrętu). I tak patrząc na świat z góry wypatrzyłem optyczne zjawisko - tęczę towarzyszkę. Leci sobie coś takiego razem z samolotem:
Kolista tęcza towarzyszka podróży
Zupełnie niezwykłe były widoki północy. Zaczęły się od kry na morzu, potem jednolita biel pokrywy lodowej, Grenlandia, północne rejony Ameryki... Wpatrywanie się w tę niekończącą się pustynię było wręcz hipnotyzujące. Jak potężne regiony Ziemi są zupełnie puste. Wyobrażałem sobie co muszą czuć podróżnicy zmierzający na biegun: dookoła biała pustka i nikogo w zasięgu setek kilometrów. To chyba najczystsze miejsce na Ziemi, bez ludzkiego hałasu. Co najwyżej górą przeleci samolot, z którego ktoś będzie patrzył i myślał, jak to jest tam na dole.
Grenlandia
Grenlandia
Zatoka Baffina...
... co pokazuje umieszczony w fotelu ekran
Zimne rejony się skończyły i zaczęły tereny zamieszkane. Tu też było co oglądać, jednak gorzej ze zdjęciami. Lecąc mniej więcej wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki miałem widok pod światło.
Kanada. Góry Rocky,czyli Rocky Mountains.
O włąśnie tutaj...
Kanada. Nadal Rocky Mountains
Vancouver po prawej, lotnisko po środku, Richmond po lewej
Okolice Salem. Już USA oczywiście.
Gigantyczny pożar w Oregonie.
Do San Francisko dolecieliśmy o czasie. Zgodnie z poleceniem "turnn off all electronic devices" wyłaczyłem aparat więc musicie mi teraz wierzyć na słowo. Nad SF chmury, na mapce widać że zbliżamy się do lotniska. Nagle niedaleko nas chmury przebija samolot i leci w naszą stronę. Widać poruszenie wśród pasażerów, ja też patrzę na to z niepokojem. Na szczęście tamaten samolot robi ostry skręt, kładzie się na skrzydło i szybko wznosi. Nie wyglądało to wszystko profesjonalnie. Ale może tak ma być? Nie nam się aż tak na zasadach lotnictwa by to oceniać, ale czułem się mocno zaniepokojony. Lecimy nad SF, pod nami nadal chmury, czasami poprzerywane. Przynajmniej z mojej, zachodniej strony, bo od wschodu to sobie Golden Gate oglądali.
Nie wszyscy turnęli off elektroniczne divajsy i na dodatek mieli widok bez chmur. Golden Gate. Foto: Olga
Nasz samolot zrobił ostry skręt, zszedł nad wodę, znowu zakręcił, i znowu... krążymy. Wreszcie zaczyna się schodzenie. W chmurach trochę potrzęsło i nagle czuję ostry ciąg w górę, wznosimy się. Odzywa się kapitan, że dostali komendę PULL UP, gdyż lądujący przed chwilą mały samolot nie opuściła na czas pasa. Znowu krążyliśmy, aż w końcu udało się wylądować.
A co było dalej w następnym odcinku. Na zachętę zdradzę, że miałem problemy na punkcie imigracyjnym.
Dzień pierwszy - najdłuższy w życiu - lot
Zaczął się wcześnie, jakoś tak o 4.45 kiedy to trzeba było wstać i pożegnać kraj. A więc wstaliśmy, Ania zawiozła mnie do Chojnic, a ja zapomniałem kanapek. Szkoda. W Chojnicach nasz ojciec-dyrektor spiritus movens wyprawy zapakował mnie do swojego auta, zabrał kolejnego uczestnika Marka i szczęśliwie dowiózł do Poznania. Tam u koleżanki zostawiliśmy auto i zostaliśmy odtransportowani na Ławicę, gdzie dołączyła nasza rodzynka Olga. Czasu było sporo siedliśmy więc w Starbucksie gdzie zjadłem niezwykle drogą kanapkę. Reszta wyprawy delektowała się kawą, jak na przykład "Chockolate Mint" w której nie ma czekolady. Dziwne, ale Starbucks jest amerykański, więc dzisiaj już mnie to mniej dziwi.
Kontrola przeszła bez problemów i nadszedł czas na samolot. Lecieliśmy De Havillandem DHC-8, który można z grubsza nazwać autobusem ze skrzydłami i śmigłami.
Kontrola przeszła bez problemów i nadszedł czas na samolot. Lecieliśmy De Havillandem DHC-8, który można z grubsza nazwać autobusem ze skrzydłami i śmigłami.
Kabina pilotów. Wąska...
środa, 2 maja 2012
Przyszedł maj...
Cóż można napisać na dobry początek? Że się cieszę jak jasna cholera i jak jasna cholera się boję? Że to, jeśli wszystko pójdzie dobrze, będzie "wyprawa życia"? Że jeszcze nigdy nie zamierzałem tak bardzo oddalić się od swojskiej ziemi, od ludzi których kocham, od oswajanej przez lata codzienności?
To wszystko prawda. I znacznie więcej.
A więc lecę, lecimy. Do Ameryki, na zachodnie wybrzeże. California, Nevada, Arizona, Utah: CA NV AZ UT. Chociaż adres bloga wyjaśniłem tym pierwszym wpisem.
Co będziemy robić? Jechać i zwiedzać, a ci którym zdrowie pozwoli podniosą swoje umiejętności w aikido. Czyli pewnie nie ja, bo dopadły mnie problemy z kręgosłupem. Jednak jestem w dobrych rękach (na to jak na razie wygląda) i przynajmniej ruszać będę się swobodnie w czasie wyprawy. Oby.
Nie będę się tu zbytnio rozpisywać przed podróżą. Mam nadzieję korzystać na miejscu z dobrodziejstw wifi w hotelach i wrzucać tu relacje na gorąco.
No to już nie trzymam was w niepewności i oto mapka z planem podróży.
To wszystko prawda. I znacznie więcej.
A więc lecę, lecimy. Do Ameryki, na zachodnie wybrzeże. California, Nevada, Arizona, Utah: CA NV AZ UT. Chociaż adres bloga wyjaśniłem tym pierwszym wpisem.
Co będziemy robić? Jechać i zwiedzać, a ci którym zdrowie pozwoli podniosą swoje umiejętności w aikido. Czyli pewnie nie ja, bo dopadły mnie problemy z kręgosłupem. Jednak jestem w dobrych rękach (na to jak na razie wygląda) i przynajmniej ruszać będę się swobodnie w czasie wyprawy. Oby.
Nie będę się tu zbytnio rozpisywać przed podróżą. Mam nadzieję korzystać na miejscu z dobrodziejstw wifi w hotelach i wrzucać tu relacje na gorąco.
No to już nie trzymam was w niepewności i oto mapka z planem podróży.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

